Biblioteka

Spotkania autorskie - Adam Andryszczyk

Spotkanie z Adamem Aandryszczykiem

13 grudnia 2001 r. w czytelni Miejsko-Powiatowej Biblioteki Publicznej odbyło się spotkanie autorskie z Adamem Andryszczykiem, wszechstronnie uzdolnio-nym artystą, "człowiekiem renesansu", uprawiającym różne gatunki sztuki, ciągle podejmującym nowe wyzwania. Adam jest laureatem wielu festiwali, m.in. trzykrotnie wszedł do "Złotej Piątki" OPPY w Warszawie, pisze i komponuje piosenki. Powodem, dla którego to spotkanie odbyło się właśnie teraz, było wydanie jego debiutanckiej powieści pt.: "Krymski Łut". Czytelnia biblioteki, jak zwykle na tego typu spotkaniach, "pękała w szwach". Przyszli przyjaciele autora, wielbiciele jego twórczości, młodzież. Adam w spo-sób niezwykle interesujący opowiedział o swoim życiu, o tym, w jaki sposób doszło do napisania tej książki.

urodził się 13.05.1964 r. w Kowalach Oleckich. Absolwent Wyższej Szkoły Pe-dagogicznej w Olsztynie. Od 1989 roku członek Polskiego Związku Autorów i Kompozytorów Muzyki Rozrywkowej (ZAKR). Laureat wielu festiwali (m.in. Festiwal Piosenki Studenckiej w Krakowie, Spotkania Zamkowe "Śpiewajmy Poezję" w Olsztynie, występ na Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, nagroda Ministra Kultury i Sztuki za teksty na MSTiWPA w Myśliborzu, nagroda lite-racka pisma "Student").

W latach 1997-98 związany z teatrem plenerowym "IOTA", gdzie pisze muzykę do spektakli (m.in. "Dwoje ludzieńków" wg B. Leśmiana). Od jesieni 1998 roku występuje na scenie "W.A.N.N.A." przy teatrze dramatycznym im. Stefana Jaracza w Olsztynie. Oprócz piosenek i wierszy pisze prozę. Jest współ-założycielem olsztyńskiej Sceny BABEL. W osiemnastej edycji OPPY `2000 (Ogólnopolski Przegląd Piosenki Autorskiej) w Warszawie, został laureatem "Złotej Piątki".

Wydał zbiór wierszy "Jeszcze - proszę o dreszcze". Aktualnie ukończył powieść sensacyjno-przygodową p.t. "Krymski Łut".

Ten, kto urodził się trzynastego maja (nie w piątek), może już mówić o wielkim szczęściu. Z natury jestem pogodnego usposobienia. Nie zmieniła tego nawet wielość pogrzebów w jakich przyszło mi uczestniczyć od piątego roku życia. Wychowywałem się z matką, która trzykrotnie wychodziła za mąż i dwa razy wdowiała. Mój drugi ojczym pobył w domu zaledwie... jeden dzień. W niespeł-na trzy miesiące później dołączył do reszty mojej rodziny w Niebiesiech.

Jak wspomniałem, pierwszych piętnaście lat (szkoła podstawowa) upłynęło mi w ciszy i spokoju, pod matczynym okiem, w zadumie Pięciu Kilometrów Ni-czego, czyli Kowalach Oleckich, gminnej miejscowości w paśmie Mazur Garbatych.

Później uczyłem się w oleckiej "sorbonie", czyli zawodówce, na kierunku "kie-rowca mechanik pojazdów samochodowych". Mieszkałem na stancji i w kajeci-ku odznaczałem przewagarowane dni. Po trzech latach wyszło, że... przez rok nie było mnie w szkole.

Cud? Nie. Fart.

W zawodówce zacząłem interesować się muzykowaniem: grą na perkusji i gita-rze. Jak większość kolegów z podwórka, tak i ja uczyłem się gitarowych "chwy-tów" (o akordach nikt z nas nie słyszał) i rżnąłem na okrągło ówczesne przeboje Laskowskiego. Był to czas, kiedy zacząłem grać na wiejskich zabawach i wese-lach. Nie wstydzę się tego. Były to lata durne i chmurne. Oprócz nowych "chwytów" nauczyłem się palić i pić. Kiedy znudziło mnie zabawowe granie, założyłem zespół rockowy "Zakaz Biwakowania". Jako najstarszy (siedemna-ście lat), miałem najwięcej do powiedzenia: pisałem teksty i muzykę. Grałem na gitarze elektrycznej i śpiewałem. Naszym największym sukcesem było zakwali-fikowanie się do finału Ogólnopolskiego Konkursu Młodych Talentów. Tak, tak, na jednej scenie (olsztyńska "Urania") zagraliśmy z "Oddziałem Zamknię-tym" i "Republiką"...

Cud? Nie. Fart.

Następne trzy lata przeniosły mnie do Suwałk. Uczyłem się tam w technikum samochodowym. "Zakaz Biwakowania" rozpadł się. Na powrót zacząłem grać na perkusji. Los zetknął mnie z suwalskim zespołem "Tangram", którego lide-rem był Marcin Wawruk - jak czas pokazał, późniejszy laureat "Fryderyka" i muzyczna ostoja Norbiego. W "Tangramie" grałem na bębnach. To Marcin mnie nauczył grać z nut na tym instrumencie. Potem zostaliśmy bez lidera (wy-jechał) i los zetknął mnie z ełcką grupą "Bezkrólewie" - następcami legendarne-go zespołu "Ogród Wyobraźni". Art rock non stop. Perkusja i nuty. Niektórzy mieli mnie za idiotę widząc, że coś zapisuję. Inaczej nie sposób było grać tak połamanej muzyki przy próbach raz w tygodniu. Dojeżdżałem z Suwałk. Z "Bezkrólewiem" wygraliśmy jakiś konkurs w Łodzi i dostaliśmy się na "Roc-kowisko". Nie pojechaliśmy.

Miałem dość dojazdów, prób, nieustannych kłopotów z salą, sprzętem, dyrek-cjami kolejnych Domów Kultury. Za trzy tysiące złotych (1984) i całą dyskogra-fię SBB na czarnych krążkach (mam je do dziś) sprzedałem elektryczną gitarę. Pojechałem do Gdyni, gdzie u Tomka Grzeszczaka zamówiłem gitarę klasyczną. Było to czarne pudło, jedno z trzech w Polsce (na jednym takim grał Tomek Ol-szewski), które niesamowicie brzmiało i nie mieściło się do standardowych fute-rałów. Targałem je w futerale od akustycznej "dwunastki".

Maturę i dyplom technika-mechanika pojazdów samochodowych zdobyłem w 1985 roku. Aby było ciekawiej, swoje papiery złożyłem do... Teatru Muzycznego w Gdyni. Kandydatów było stu. Zdało (w tym i ja) dwudziestu jeden. Po czym na korytarz wyszedł pan Gruza i oznajmił, że miejsc jest czternaście, a pierwszeństwo mają osoby, które nie dostały się w roku ubiegłym, oraz te, które przez ostatni rok pracowały w teatrze jako chórzyści lub statyści. Resztę (pozostałą siódemkę) zaprosił za rok. Obiecał, że wówczas my będziemy mieć pierwszeństwo.

Miałem już wyuczony zawód, wobec czego na jesieni czekało mnie wojsko. Zrezygnowany wsiadłem do pociągu. W Tczewie do mojego przedziału wsiadły dwie dziewczyny. Z rozmowy wynikło, że wiozą dokumenty do olsztyńskiej WSP. Namówiły mnie do zdawania tam egzaminów. Pani w dziekanacie zapyta-ła, na jaki wydział i kierunek chcę zdawać. Odpowiedziałem pytaniem: a jakie są?

Ja zdałem, tamte dziewczyny nie.

Cud? Nie. Fart.

Studia to szalone lata chwały, szaleństw i sponiewierania aż do bólu. W tym okresie zdobyłem w różnych konfiguracjach zespołowo-solowych prawie wszystkie nagrody na liczących się studenckich festiwalach i konkursach. Ściśle współpracowałem z Krystyną Możejko; pisałem jej piosenki (m.in. "Tęskniacz" - ...prowadź, melodio ma - przebój "YAPY`88"), akompaniowałem, a czasem śpiewałem z nią w duecie (koncert "Debiuty" 1989 rok w Opolu - nowa wersja mickiewiczowskiej "Świtezianki"). Ścisłość tej współpracy zaowocowała córką - Idą . Nasze małżeństwo było początkiem końca naszego związku. Po studiach zamieszkaliśmy jeszcze razem w Kowalach Oleckich, skąd po dwóch latach (1993) Krystyna z córką wyprowadziły się. Dzisiaj, dzięki temu, pomimo że nadal mieszkamy osobno, nadal jesteśmy małżeństwem.

Cud? Nie. Fart.

Po studiach podjąłem pracę w Domu Dziecka. Przepracowałem tam piętnaście miesięcy. Później zwolniłem się. Półtora roku zasiłku. Następnie - pół roku w Pogotowiu Opiekuńczym. Ale jazda! Rok zasiłku. Na koniec - dziewięć miesię-cy w internacie. Zwolniłem się na prośbę dyrektora. Rok "kuroniówki" i szlus.

Te wszystkie okresy etatowej pracy i pobierania zasiłków przeplatałem różnymi zajęciami: pracowałem jako mechanik samochodowy, jako pomocnik drwala, kopałem rowy pod kabel telefoniczny w Berlinie, zakładałem ogrody w Belgii, liznąłem trochę geodezji, a najwięcej czasu, bo prawie dwa lata, spędziłem na Krymie. Pracowałem tam jako pilot wycieczek. Pilot, to za duże słowo - moim zadaniem było przewożenie wycieczek z Brześcia do Symferopola i z powro-tem. Co tam się działo! Ale o tych cudach piszę w powieści "Krymski Łut".

Przez te wszystkie lata piłem. Piłem coraz więcej i więcej. Krym - to było apo-geum picia. Na szczęście, po powrocie ochłonąłem. 15 stycznia 1998 roku to data, kiedy narodziłem się po raz drugi.

Cud? Nie. Fart.

Kiedy trzeźwym okiem zacząłem szukać jakiegoś etatu, doznałem olśnienia! Przecież mam jeszcze jeden, jeżeli nie pożądany, to przynajmniej ciekawy, fach! Dlaczego nie miałbym spróbować tego, co potrafię - a na pewno lubię, robić najbardziej?

Tym sposobem zostałem osobą bezrobotną, bez prawa do zasiłku. A kiedy po dwudziestu latach spotkałem się z kolegą z "Zakazu Biwakowania". Ten, zapytał, co porabiam.

- Gram i piszę - odrzekłem.

- No dobra - na to on - a z czego żyjesz?

- Właśnie z tego...

No i co? Czy to jest cud, czy fart?

Adam Andryszczyk